Warszawa odebrana nam przez profesor Wróblewską
Tytuł tego dramatu może być taki:.„Rosyjski, przygotowanie do matury – dwie różne rzeczywistości”. Pierwsza – szkolna wygląda tak, że pani profesor wchodzi do klasy i zaczyna przemawiać, jak ważna jest dla nas w tym roku nauka rosyjskiego. Rosyjski i przygotowanie do matury nie może być zostawione na ostatnią chwilę i stawiane na ostatnim miejscu – niestrudzenie kontynuuje ciało pedagogiczne w postaci Janiny Wróblewskiej, zwanej „Pticą”.
Druga – znacznie przyjemniejsza, ale zakazana wobec czekających nas egzaminów: przegląd filmów Almodovara w kinie „Muranów”, urodziny Maćka, urodziny Kaśki, ognisko u Jolki, mistrzostwa Polski w skaytingu, długo by wymieniać. A tu tylko” „rosyjski, przygotowanie do matury, nauka rosyjskiego, nauka rosyjskiego, przygotowanie”, i tak w kółko. W szkole to tamo, w domu to samo. Nigdzie nie ma spokoju. A tu Warszawa aż się kłębi od pokus. I po co nam ta nauka rosyjskiego? Po co, pytam. Czy ja się wybieram do wschodnich sąsiadów? Gdzie ja bnędę po rosyjsku gadał? W byłych demoludach wszyscy się wypierają tego języka. Każdy woli po angielsku, żeby już nie być takim wieśniakiem z krańców świata. „Ptica” mówi, że będziemy mogli czytać wielką literaturę w oryginale i kreśli przed nami duchowe perspektywy: „Rosyjski, przygotowanie do matury nie obejmuje przecież swym zakresem wyłącznie znajomości czytanek, ale ma dawać świadectwo dojrzałości intelektualnej, czyli znajomości kanonicznych dzieł sztuki słowa” Ma babka gadane, to trzeba jej przyznać. Żeby wymyślić takie argumenty? Warszawa by miała z niej lepszy pożytek, gdyby ją zatrudnić do wymyślania haseł.